30 sierpnia 2015

Ssanie oleju – naturalne odtruwanie i oczyszczanie organizmu


Płukanie jamy ustnej olejem znane jest ludzkości co najmniej od… 5.000 lat! Jest to metoda Ajurwedy „wiedzy o życiu” i ma swoje korzenie w starożytnej kulturze wedyjskiej. Nauka ta zawiera wskazówki na temat idealnych codziennych i sezonowych procedur, diety, zachowania i właściwego korzystania z naszych zmysłów. 

 
Ssanie oleju, jakie znamy dzisiaj, rozpowszechnił w roku 1992 ukraiński lekarz dr med. R Karach.    
Dr Karach twierdził, że ssaniem oleju można leczyć różne choroby.
Nasze usta są siedliskiem dla milionów bakterii, wirusów, grzybów i innych pasożytów, które są odpowiedzialne za choroby dziąseł, czy próchnicę zębów. Te „dentystyczne” dolegliwości wpływają również na funkcjonowanie narządów wewnętrznych i wywołują wiele chorób, takich jak np. zapalenie stawów, choroby serca, problemy hormonalne czy łuszczyca. Podczas normalnego szczotkowania zębów, tylko 60% ich powierzchni jest czyszczona, natomiast jama ustna odkażona zostaje jedynie w 10%.
Podstawową zasadą kuracji olejem jest ssanie i płukanie nim jamy ustnej. Właściwe oczyszczenie i proces uzdrawiania następuje samoczynnie. Stosując się do tej metody leczeniu poddawane są jednocześnie komórki, włókna oraz organy wewnętrzne. Proces ten zapobiega niszczeniu naturalnej mikroflory, powodującego niszczenie organizmu. Ssanie oleju pozwala na przywrócenie naturalnej równowagi biologicznej, która znacznie wydłuża czas życia człowieka.


Kuracja olejem jest w stanie poradzić sobie z takimi chorobami czy przypadłościami jak:
  • Bóle głowy
  • Zapalenie zatok
  • Zapalenie oskrzeli
  • Bóle gardła
  • Katar
  • Bóle zębów
  • Krwawienie dziąseł
  • Próchnica
  • Zapalenie migdałków
  • Tromboza – zakrzepica żył głębokich
  • Przewlekłe choroby krwi
  • Artroza
  • Egzema
  • Trądzik
  • Choroby grzybicze
  • Łuszczyca
  • Choroby żołądkowe
  • Choroby jelit
  • Dolegliwości serca
  • Problemy nerkowe
  • Choroby kobiece
  • Choroby płuc
  • Dolegliwości wątrobowe
  • Choroby układu nerwowego
Jak stosować metodę ssania oleju?
Rano, na czczo, zaraz po przebudzeniu należy płukać jamę ustną 1 łyżką oleju przez około 15-20 minut. Po umieszczeniu go w ustach i przepychaniu „cedzeniu” wokół zębów i dziąseł, „wyciąga” bakterie i inne odpady. Olej powinien dostać się w każdy zakątek jamy ustnej. Pod żadnym pozorem nie można go połykać! Zebrane są w nim wszystkie bakterie, których w momencie płukania chcemy się pozbyć.
Wskutek mieszania się ze śliną olej po pewnym czasie rozwodni się. Mimo to nadal należy go ssać. Jeśli podczas ssania poczuje się, że mięśnie szczęki bolą, będzie to oznaczało, że ssanie jest wykonywane zbyt intensywnie. Należy wówczas rozluźnić mięśnie szczęk i do przemieszczania oleju wewnątrz ust używać tylko języka.
Kiedy olej nasyci się toksynami, które wypłukał z jamy ustnej może stać się białawy i mieć rzadszą, mleczną konsystencję. Po zakończeniu płukania należy go wypluć, najlepiej do muszli klozetowej, gdyż w danej chwili zawiera mnóstwo bakterii i szkodliwych substancji.
Następnie płukamy usta szklanką ciepłej wody z dodatkiem łyżeczki sody oczyszczonej. Wypłukuje ona resztki toksyn, które mogły pozostać w ustach. Ostatnim etapem jest umycie zębów pastą, która nie zawiera fluoru.
Na początku trwania kuracji może wystąpić lekkie pogorszenie ogólnego stanu zdrowia, jest to jednak reakcja naturalna. Nie należy przerywać oczyszczania. Jest to jedynie sygnał, że nasza kuracja działa i powinna być kontynuowana.

Olej kokosowy 


W jego skład wchodzą między innymi:

Nasycone kwasy tłuszczowe –ok 93%
  • kwas laurynowy – ok 44-51%
  • kwas mirystynowy – ok 13-18%
  • kwas palmitynowy – ok 8-12%
  • kwas kaprylowy – ok 7%
  • kwas kaprynowy – ok 6%
  • kwas stearynowy – ok 3%
Nienasycone kwasy tłuszczowe
  • jednonienasycone – kwas oleinowy (Omega-9) – około 6,5%,
  • wielonienasycone – kwas linolowy (Omega-6) – około 1,5%,
Olej kokosowy jest bogaty w kwas laurynowy (44-51%), który naturalnie występuje tylko w kokosie oraz mleku matki. Kwas laurynowy odpowiada za budowę odporności organizmu i jest znany ze swoich niezwykle silnych właściwości antybakteryjnych i przeciwwirusowych oraz przeciwgrzybicznych. Dzięki zawartości kwasu laurynowego bezsprzecznie olej kokosowy możemy określić mianem naturalnego antybiotyku nie naruszającego flory bakteryjnej organizmu.

Ssanie oleju może uruchomić swoją magiczną moc niemal natychmiast. Toksyny są usuwane z organizmu już po pierwszym zabiegu. Ssanie oleju można wykonywać codziennie, jeśli ma się na to ochotę, lub kilka razy w tygodniu. Nie ma sztywnej zasady co do częstotliwości – należy kierować się własnym doświadczeniem i słuchać swojego organizmu. Ważne jest żeby stosować ssanie regularnie.
Kuracja ta przynosi niesamowite efekty dla naszego zdrowia. Dzięki temu z pewnością można doświadczyć zwiększenia energii, oczyszczenia skóry, poprawy jakości snu, uregulują się cykle miesiączkowe, zmniejszą się bóle głowy, wyleczą wypryski, złagodzą się alergie, oczyszczą się zatoki, a co najważniejsze – niesamowicie wzmocni się układ limfatyczny oraz immunologiczny. Organizm odzyska pierwotną siłę i świeżość, nastąpi spokojny sen, zdrowy apetyt oraz niezakłócona zdolność koncentracji i zapamiętywania. Efektem ubocznym są tylko bielsze zęby i remineralizacja szkliwa.
Jako, że każdy organizm reaguje inaczej na wszelkie wprowadzane przez nas zmiany, powinniśmy uzbroić się w odrobinę cierpliwości i wiary w podejmowane przez nas czynności! Przez pierwsze tygodnie, kiedy nasz organizm się oczyszcza możemy zauważyć efekty uboczne w postaci wykwitów na skórze, ropienia oczu lub inne sytuacje. W takich przypadkach nie należy zaprzestawać kuracji tylko ją kontynuować do całkowitego ustąpienia tych przypadłości. Wszelkie objawy będą ustępowały, kiedy organizm stanie się czystszy i bardziej odprężony w następstwie ssania oleju.
Cóż mogę dodać od siebie? Stosowałam tą metodę w zeszłym roku.
Zawsze używałam tylko i wyłącznie oleju kokosowego tłoczonego na zimno, nierafinowanego i posiadającego certyfikat upraw ekologicznych. Pierwsze zabiegi były trochę dziwne. Ssanie oleju? Ale jak? Po tym jak się przemogłam, ponieważ konsystencja oleju jest na początku smalcowata (w końcu jest to ścięty tłuszcz), po rozpuszczeniu się w jamie ustnej ma postać płynną, już nie stanowiło to większego problemu. Efekty w postaci super czystych zębów – tak jak w reklamie chodzi się i cały czas językiem sprawdza się czy to rzeczywiście prawda :-) ustąpienie bólów głowy i co najważniejsze, a dopiero teraz zdałam sobie z tego sprawę, oczyszczenia się skóry były niezaprzeczalne. 
Olej stosowałam na tyle długo, żeby widzieć zbawienne skutki tej kuracji i na tyle krótko, żeby nie zauważyć pozostałych zdrowotnych korzyści.  Wracam zatem, jak to się mówi z podkulonym ogonem do starych, sprawdzonych, naturalnych terapii i mam nadzieję zauważyć więcej zbawiennych skutków.

Ponieważ ssanie oleju jest tematem bardzo obszernym, ja starałam się zawrzeć tylko niezbędne informacje. Zachęcam Was do poczytania o tej metodzie, bo jest warta większego zainteresowania. 

Jak widzicie nie tylko samymi kosmetykami można dbać o swoje piękno i wnętrze. 
Macie jakieś doświadczenia z naturalnymi kuracjami pielęgnacyjnymi?



Wykorzystane źródła:

26 sierpnia 2015

Zakupy kontra zużycia cz.IV - lipiec i sierpień


Przyszedł czas na kolejną konsumpcyjną spowiedź. Jeśli chodzi o zakupy to szału nie było, ponieważ miałam w lipcu urodziny i zostałam tak niesamowicie obdarowana, że nie miałam praktycznie żadnych potrzeb do realizacji. Jeszcze raz chciałam bardzo serdecznie podziękować moim ukochanym dziewczynom Ines (InesBeauty), Agacie (BeautyIcon) i Kate (The Land of Style) – tyle szczęścia i radości ile mi zafundowałyście dawno nie miałam :-*

Wracając do tematu rozpoczynam od zakupów, bo jest tego zdecydowanie mniej.
Przez dwa miesiące zawitały w nowościach następujące produkty:


Olej kokosowy i pasta do zębów HerbaCura bez zawartości fluoru. Postanowiłam wrócić od września do moich kuracji oczyszczających między innymi do ssania oleju. Jeśli ktoś jest zainteresowany mogę przybliżyć temat dajcie tylko znać w komentarzach.


Puder do konturowania Kobo – musiałam go mieć, żeby zobaczyć ile to szaleństwo jest warte.
Kolejny suchy szampon Batiste dla brunetek – rewelacyjny produkt, już nie wyobrażam sobie funkcjonowania bez niego.
Antyperspirant Vichy – po wielu namowach uległam Marti i postanowiłam spróbować zielonej kulki. Zobaczymy czy dołączę do fan clubu, ale o tym jeszcze pewnie usłyszycie.
I jako ostatni olejek z opuncji figowej. Ponieważ używam go już prawie dwa miesiące, przygotuję niebawem post, bo kosmetyk z niego jest fantastyczny.

Zużycia


Żel pod prysznic Dove o zapachu kremu migdałowego – świetna marka, która na stałe chyba zagości w mojej łazience.
Płyn micelarny Garnier – kolejne opakowanie. Które? Nie pamiętam, straciłam już rachubę. Recenzja.
Mój ukochany szampon nawilżający dla brunetek John Frieda. Recenzja.
Lakier do włosów Taft. Stały ulubieniec.
Antyperspirant Garnier - dopóki nie spróbowałam nowego Adidasa (recenzja) ten był moim ulubieńcem. Ale teraz zmieniłam zdanie i produkt, który używam.


Mydło w płynie Sensitive z Isany – drugie opakowanie skończone, ale jeszcze do niego wrócę.
Blanx Anty-osad – ładnie doczyszcza zęby, pod względem wybielania szału nie ma.
Blanx White Shock – niebieska pasta wybielająca, którą ma aktywować światło dzienne – również nie ma szału.
Effaclar Duo+ - mój przyjaciel i wybawca od wszelkich niespodzianek (recenzja).
Ziaja Krem z kwasem migdałowym na noc – ulubiony krem, który bardzo dobrze się sprawuje, przy cerach zanieczyszczonych (recenzja)


Końca dobiegła moja tubeczka ukochanego kremu pod oczy Fast Response z Maca (recenzja) Zobaczymy może kiedyś dam szansę nowej, ulepszonej wersji.
Studio Fix Fluid z Maca – bardzo dobry podkład, ale ja nie mogę się wstrzelić kolorystycznie i muszę wszystkie podkłady z Maca mieszać. Zaczyna mnie to już męczyć.
Ulubione błyszczyki do ust Mac Plushglass (recenzja) i Bobbi Brown (recenzja) – jeszcze się spotkamy.
Pomadka regenerująca do ust Regenerum (recenzja) – bardzo dobry produkt. W okolicach późnojesiennych pewnie do niej powrócę, bo warto mieć ją pod ręką.... to znaczy na ustach.
Lakier do paznokci Anny – nudziak elegancki, stylowy i po prostu przepiękny. Recenzja.

Tej góry nawet nie opisuję.



Zużyte próbki perfum:
-Lancome Ô d'Azur – przepiękny letni zapach, pomimo wersji ODT dosyć długo trzyma się skóry i przypomina o sobie w ciągu dnia.
-D&G 3 L'Impératrice – mam nadzieję, że kiedyś będę właścicielką pełnowymiarowego opakowania.
-Jo Malone Nectarine Blossom&Honey i Blackberry&Bay – zapachy w formie wody kolońskiej. Ciekawe doświadczenie. Kompozycje unikalne i bardzo oryginalne. Jedynie do ich trwałości można się przyczepić. Bywały dni, że można było cieszyć się zapachem około 2 godziny, a czasami były ulotnym wspomnieniem już po ½ godzinie od aplikacji. Eksperyment uważam za udany. Ciekawość została zaspokojona. Za tą cenę mam prawo oczekiwać więcej.


Ze wszystkich przetestowanych kosmetyków na szczególną uwagę zasługują:
Ziaja Krem Nawilżający przeciwzmarszczkowy 40+ wersja 30+ również jest bardzo dobra pod względem pielęgnacji.
Rene Furterer Okara – odżywka w spray-u bez spłukiwania do włosów farbowanych. Włosy są miękkie, ładnie się układają, mają piękny połysk, a to wszystko uzyskamy bez zbędnej zabawy z pielęgnacją włosów.
Duże wrażenie zrobiły na mnie również kosmetyki, które określam mianem mercedesa wśród pielęgnacji. Seria Supremya z Sisleya. Większe wrażenie zrobił na mnie krem do twarzy, niż krem pod oczy ponieważ znacznie szybciej widziałam efekt jego działania.

To już wszystko. Mam nadzieję, że nie zanudziłam Was zbytnio. Akcja zużywania trwa nadal, także postaram się za niedługo pochwalić następnymi postępami.

Pozdrawiam
Aga



23 sierpnia 2015

10 trików urodowych, które każda dziewczyna powinna znać


W temacie dbania o urodę nie wszystko zostało jeszcze powiedziane. Każda z nas lub naszych mam, babć, koleżanek ma swoje ulubione, proste i co najważniejsze skuteczne sposoby poprawiania urody.


Mało tego wiele z Was (tak jak i ja) kupiło produkty, które nie sprawdziły się podczas użytkowania. W takich momentach szukam zawsze nowego przeznaczenia dla kosmetyku, aby nie marnować wydanych pieniędzy.

Dzisiaj chciałam się podzielić z Wami kilkoma prostymi trikami, które na pewno przydadzą się w codziennym życiu.

    Jeśli mamy podkład, który bardzo ciężko rozprowadza się na twarzy wystarczy zmieszać go z odrobiną naszego kremu nawilżającego, co bardzo poprawi i zmiękczy jego konsystencję.  
  •  
Jeśli przypadkowo kupiłyśmy za ciemny puder do twarzy możemy go spokojnie wykorzystać jako brązer.
 

Jeśli nie mamy cierpliwości do rysowania brwi podczas wykonywania makijaży możemy użyć starej szczoteczki od tuszu do rzęs, delikatnie obetrzeć ją w cieniu do brwi i  delikatnie zaaplikować kolor tam gdzie jest taka potrzeba.
  •  
Aby zwiększyć intensywność kolorów cieni do powiek możemy najpierw nałożyć na powiekę białą bazę lub kredkę od oczu.


  Jeśli przez nieszczelne opakowanie wyschły nam chusteczki do demakijażu możemy spokojnie zwilżyć je ponownie wodą i odzyskają swoje właściwości. 
  •  
Aby zalotka lepiej podkręciła rzęsy wystarczy ją chwilę podgrzać suszarką do włosów. Zawsze należy wykonać wcześniej próbę dotykową czy nie jest za gorąca i czy nie poparzymy sobie powiek. 


Żeby stworzyć swój własny kolor balsamu do ust możemy w osobnym pojemniku wymieszać odrobinę ulubionego balsamu do ust czy też wazeliny z odrobiną ulubionej pomadki, sproszkowanego różu do policzków czy też rozświetlacza do twarzy.
  •  
Jeśli podczas wykonywania makijażu opadło nam na twarz odrobinę cienia, brokatu i nie chcemy popsuć makijażu, spokojnie usuniemy niechciane niespodzianki przezroczystą taśmą samoprzylepną.

Kremem BB lub kremem tonującym możemy łatwo zakamuflować siniaki lub niedoskonałości na ciele. 
  •  
Złamaną szminkę łatwo naprawić podgrzewając złamaną część suszarką do włosów. Następnie sklejamy miejsce złamania, wygładzamy palcem i wstawiamy pomadkę do lodówki lub zamrażalnika na kilka godzin, żeby się zsiadła.

 

Dajcie znać czy temat się Wam spodobał?
Jeśli tak, to postaram się o następne wpisy z różnymi trikami "urodowymi"?






21 sierpnia 2015

Urban Decay Eyeshadow Primer Potion Anti-aging


Oryginalna baza pod cienie marki Urban Decay jest moją wielką przyjaciółką od chyba 5-ciu lat. Nigdy się na niej nie zawiodłam. W międzyczasie próbowałam kilku innych, ale zawsze potulnie wracałam do Primer Potion.
Wraz z upływem czasu zauważyłam, że skóra na powiekach wymaga odrobinę lepszej pielęgnacji i odrobinę delikatniejszych środków. Mój wybór padł na wersję Anti-aging, która jest w ofercie marki Urban Decay.


Baza Primer Potion Anti-ageing ma nam zapewnić 24-godzinną wytrzymałość cieni na powiekach bez wchodzenia w załamanie powieki. Dodatkowo wspomaga przeciwstarzeniową pielęgnacje skóry powiek. Ponadto baza ma zapewnić intensywność koloru użytych cieni i ich gładką aplikację. Innowacyjne składniki mają za zadanie poprawić teksturę i pomóc minimalizować zmarszczki na skórze.
Dermaxyl® pomaga ją wygładzić, a Kalpariana® wspomaga wypełnienie, ujędrnianie, elastyczność i nawilżenie. Dzięki zastosowaniu specjalnych pigmentów optyczny efekt „rozmycia” stwarza wrażenie wypoczętych, rozświetlonych oczu.

Przeprowadzone badania kliniczne wykazały, iż w przeciągu 8 tygodni:
  • 100% uczestników zauważyło znaczną poprawę, w wyglądzie skóry i wygładzeniu się drobnych zmarszczek,
  • 100% uczestników zauważyło rozświetlenie skóry,
  • 97% uczestników zauważyło poprawę wyglądu skóry i zniwelowanie drobnych niedoskonałości jak na przykład zaczerwienienie czy suchość.
KONSYSTENCJA:
Baza ma bardzo podobny kolor do wersji Original. Określany mianem „NUDE” jest on cielisty, ale nie jest kryjący i po wyschnięciu staje się przezroczysty, z praktycznie niewidoczną odrobiną jasnego pigmentu który wyrównuje i koryguje koloryt skóry. Konsystencja musu pozwala bardzo delikatnie rozprowadzić produkt na powiekach. Formuła nie zawiera parabenów, a dzięki zastosowaniu nowoczesnych technologii polimery w niej zawarte wypełniają drobne niedoskonałości na powierzchni skóry, przygotowując powieki na całodzienny makijaż. 




OPAKOWANIE:
Moja baza ma pojemność 6 ml. Jest to wersja podróżna, która i tak starczy mi na bardzo długo.
Podoba mi się również nowe, praktyczne opakowanie w formie tubki. Może niektóre z Was pamiętają poprzednie fantazyjne opakowanie, które nie pozwalało zużyć produktu do końca. Aby wydobyć około połowę bazy trzeba było rozcinać buteleczkę i przekładać produkt do słoiczka.

 
Tubka zakończona wąskim „dziubkiem” pozwala nam precyzyjnie dozować ilość bazy. Jeśli obawiacie się, że nadmiar powietrza może Wam przyspieszyć gęstnienie produktu, znajdującego się w środku, po naciśnięciu tubki i pobraniu odpowiedniej ilości produktu od razu zakręćcie nakrętkę. Nadmiar powietrza nie dostaje się do środka i baza dzięki temu będzie miała dłuższą żywotność.
Opakowanie zewnętrzne to karton i plastikowe pudełko. 



Na kartonie są wszystkie informacje odnośnie produktu : krótki opis, skład, pojemność, dane producenta i co najważniejsze kod producenta (4043A). Dzięki temu wiemy, że jesteśmy w posiadaniu oryginalnego produktu.

SKŁAD: Isododecane, Talc, Cyclopentasiloxane, Trimethylsiloxysilicate, Triethylhexanoin, Oryza Sativa (Rice/Riz) Bran Oil, Trihydroxystearin, Disteardimonium Hectorite, Polyethylene, Sorbitan Sesquioleate, VP/Hexadecene Copolymer, C12-15 Alkyl Benzoate, Dimethicone, Alumina, Caprylic/Capric Triglyceride, Phenoxyethanol, PEG-40 Stearate, Synthetic Beeswax, Propylene Carbonate, Hexyl Laurate, Polyglyceryl-4 Isostearate, Tribehenin, PEG-10 Dimethicone, Stearic Acid, Ethylhexylglycerin, Ceramide 2, PEG-10 Rapeseed Sterol, Alaria Esculenta Extract, Palmitoyl Oligopeptide, Aqua (Water/Eau)
Może również zawierać:
Mica, CI 77891 (Titanium Dioxide), CI 77491/77492/77499 (Iron Oxides), CI 77163 (Bismuth Oxychloride)

SPOSÓB UŻYCIA:
Wyciśnij i rozprowadź niewielką ilość bazy na powiekach. Odrobinę kleista konsystencja sprawi, że Twoje powieki będą niczym magnes dla cieni.

Baza Anti-aging Urban Decay jest zdecydowanie produktem, który przedłuża żywotność makijażu oczu.
Jeśli chodzi o właściwości pielęgnacyjne, są one tak delikatne, że prawie niezauważalne, aczkolwiek muszę stwierdzić, że skóra wygląda odrobinę lepiej.
Ogromnym plusem jest fakt, że nie przesusza ona powieki tak bardzo jak wersja Oryginal. Również efekt pigmentów korygujących tonację skóry jest bardzo delikatny i widoczny tylko w ostrym, słonecznym świetle.
Cienie rozprowadzają się gładziutko i ładnie ze sobą łączą. Podbicie kolorów, nie jest tak spektakularne jak w przypadku wersji Oryginal.
Jest jeszcze jedna rzecz, do której muszę się przyczepić. Odnoszę wrażenie, że ta wersja bazy jest jednak słabsza. Podczas upałów zdarzało się, że cienie w magiczny sposób znikały w załamaniu powieki. Nie wiem od czego to zależy, ale kilka razy taka sytuacja miała miejsce. Teraz jak jest już trochę chłodniej wszystko wróciło do normy i makijaż utrzymuje się przez wiele godzin.
W ramach podsumowania - przygodę uważam za udaną, aczkolwiek z chęcią powrócę do mojej ukochanej wersji Original.
Wszystkie produkty marki Urban Decay możemy zakupić w Sephorze.


Znacie bazy pod cienie Urban Decay? 
Może używacie jakiejś wartej uwagi?


Aktualizacja 30.07.16 - Baza nie wytrzymuje upałów. Wyciera się w załamaniu powieki.



19 sierpnia 2015

Tony Moly Latte Art Milk- Cacao Pore Pack


Kolejny azjatycki ulubieniec. Długo polowałam na maskę Zamian Gold Cocoa. Ponieważ nic z tego zakupu nie wyszło postanowiłam spróbować maski Tony Moly Latte Art Milk- Cocoa Pore Pack, która ma działać na tej samej zasadzie wykorzystując właściwości pielęgnacyjne kakao.


Sama maseczka wygląda przeuroczo. Otrzymujemy ja w plastikowym słoiczku w kształcie małej szklanki. Przezroczyste brzegi dają nam możliwość ujrzenia dwóch warstw, z których składa się maseczka, a są one ze sobą zmieszane w fantazyjnym wirze.
W wieku słoiczka umieszczona została również łopatka z logo Tony Mole do higienicznego dozowania produktu. W łatwy sposób ją wysuniemy, a po użyciu i wyczyszczeniu można ją powtórnie umieścić jak łyżeczkę w szklance.

KONSYSTENCJA:
Maska ma konsystencje musu. Dwie warstwy zmieszne ze sobą dają odcień szarości złamanej odrobiną brązu.




Warstwa biała (mleczna) nawilża i zmiękcza cerę.
Warstwa brązowa (kakaowa) ściąga pory i również nawilża skórę. Zawiera kakao z Ghany, które jest naturalnym regulatorem wydzielania sebum, ponadto oczyszcza pory.
Dodatkowe składniki jak prawoślaz lekarski długofalowo nawilża cerę, nawet po jej umyciu nie ma efektu ściągnięcia. Ekstrakt z liści mięty pieprzowej  i wierzby białej pomagają w usunięciu martwego naskórka i ściągnięciu porów, pozostawiając skórę gładką i ujędrnioną.

SKŁAD:  


OPAKOWANIE:
Pojemność maski to 85 g. Słoiczek opisałam wyżej. Całość zapakowana jest jeszcze w plastikowe opakowanie przypominające swoją formą kartonik.



SPOSÓB UŻYCIA:
  1. Umyć twarz i zaaplikować tonik, żeby przygotować skórę na maseczkę.
  2. Zmieszać ze sobą równe porcje białej i brązowej maski 1:1 i nałożyć na całą twarz.
  3. Pozostawić na 10-15 minut. Po czym zmyć ciepłą wodą.
  4. Używać 1-2 razy w tygodniu.
Generalnie maseczka działa. Samym odprężeniem jest już odmierzanie proporcji i jej mieszanie, a w pomieszczeniu unosi się chemiczny zapach kakao, który szczerze mówiąc bardzo mnie rozczarował.
Buzia po zmyciu maski jest miękka, gładka i widocznie nawilżona. Dodatkowym plusem jest to, że maska (jak na przykład glinki) nie zasycha na twardy do zmycia kamień. Owszem jest trochę brudu w wannie, ale bez większych problemów usuniemy ją z twarzy. Ten dziwny szaro-bury kolor nie powoduje przebarwień na skórze, ale lepiej uważać, żeby nie pobrudzić sobie ubrania.


Pory nie są idealnie ściągnięte, aczkolwiek w znacznie zmniejszonej postaci lepiej prezentują się pod makijażem.
Nie polecam mieszania całości. Nigdzie nie znalazłam takiej informacji, ale wydaje mi się, że nie ma sensu ewentualne aktywowanie wszystkich składników produktu. Zmieszać ze sobą należy tylko porcję na pojedynczą aplikację.
Kolejnym minusikiem może być uczucie pieczenia skóry po nałożeniu maski. Nie wiem od czego to zależy, ale pojawia się raz na jakiś czas i nie przy każdej aplikacji. Może maska powinna w taki sposób działać. Tego niestety nie wiem ponieważ ta informacja nie pojawia się w zagranicznych recenzjach ani na stronie producenta.
Maska kosztuje w granicach 10$ i można ją kupić na ebay lub amazon.



17 sierpnia 2015

PUREDERM Botanical Choice Wrinkle Reducer Gel Patches

PUREDERM Botanical Choice Wrinkle Reducer Gel Patches - żelowe plasterki marki Purederm są fantastycznym wynalazkiem, który pomoże naszej skórze prezentować się bardziej korzystnie nawet pomimo zmęczenia. Powodują, że skóra jest bardziej zwarta, ujędrniona, zmiękczona i nawilżona.


Specjalna formuła kosmetyku ( między innymi witamina A, E i Phyto Kolagen) sprawia, że jest on w stanie w znacznym stopniu zniwelować widoczność delikatnych linii, zmarszczek czy też zmarszczek mimicznych wokół oczu bez ryzyka podrażnień. Także elastyczność skóry zostaje w znacznym stopniu poprawiona. Aktywne składniki wnikają do najgłębszych warstw naskórka.
Plasterki działają szybko i delikatnie przynosząc, w krótkim czasie widoczne efekty.


W opakowaniu znajduje się 6 podwójnych plasterków.


Sposób użycia:
  1. Umyj i osusz twarz.
  2. Oderwij plasterki od folii
  3. Naklej plasterki błyszczącą stroną, na skórze w okolicach oczu
  4. Plasterki można zostawić na noc lub usunąć po 30 minutach
  5. Delikatnie oderwij plasterki od skóry pociągając za ich brzegi. Pozostałości przemyj wodą
Skład:

Przyznam szczerze, że do pewnego czasu unikałam tego typu kosmetyków. Ale wiecie jak to jest, jak się coś dobrego spróbuje to już nie ma odwrotu.
Plasterki działają. W szybki sposób, bo 30 minut to nie jest długo, można sprawić, że skóra jest wygładzona, uealstyczniona i wygląda o wiele lepiej. 


Także makijaż nałożony w okolicach oczu wygląda znacznie korzystniej. Zminimalizowane jest występowanie efektu „włażenia” korektora czy podkładu w delikatne linie mimiczne czy zmarszczki.
Ja jestem zachwycona tym produktem. Testuję również inne podobne maseczki i jak na razie tylko jedna z nich okazała się rywalem godnym płatków Purederm, ale o tym może innym razem.
Polecam wszystkim osobom, które na przykład prze długie godziny pracują przy komputerze, co zawsze wiąże się z przesuszeniem skóry, oraz wszystkim tym, którzy muszą NATYCHMIAST świetnie wyglądać przed jakimś ważnym spotkaniem.


Płatki kupimy w Hebe w cenie około 24 zł za opakowanie. Uważam, że nie jest to wygórowana cena jak za taki efekt.

Macie jakieś fajne maseczki tego typu do polecenia?

 




13 sierpnia 2015

Cichy bohater - Adidas for Woman Climacool

Za oknem żar leje się z nieba. W taką pogodę trudno utrzymać ciało w świeżości. 
Jednym z kosmetyków, które są wręcz niezbędne podczas upału są dobre antyperspiranty.
Marka Adidas wypuściła na rynek serię Climacool. Dezodorant w kulce i w spray-u.


Technologia Climacool® zastosowana w antyperspirantach Adidas opiera się na kapsułkach świeżości aktywowanych podczas ruchu i uwalniających się stopniowo z biegiem czasu. Pierwszy wybuch świeżości następuje już w momencie aplikacji dezodorantu. Zwiększony poziom stresu i wysiłek w ciągu dnia powodują rozrywanie następnych kapsułek, a w konsekwencji kolejne impulsy orzeźwienia.
"Antyperspiranty adidas Climacool® zapewniają 48-godzinną ochronę przed wilgocią, bakteriami i nieprzyjemnym zapachem, a także nieograniczoną świeżość dzięki kapsułkom, które nieustannie pękają, kiedy Ty przekraczasz swoje granice. Bo im więcej z siebie dajesz, tym lepiej działa".


Adidas for Women Climacool Roll :
  • posiada bardzo delikatny, kwiatowy aromat, który długo utrzymuje się na skórze,
  • wchłania się w sposób przyzwoity, w pierwszej chwili pozostawiając klejącą warstwę, która szybko stapia się ze skórą. Wysycha całkowicie.
  • efektu chłodzenia (jak w przypadku spray-u) nie zauważyłam,
  • kolejnym plusem jest to, że dezodorant po wyschnięciu nie pozostawia białej warstwy i nie odbija się na ciemnych ubraniach. Wersja w spray-u leciutko bieliła ciemne podkoszulki.

    Minusów nie zauważyłam.


Adidas for Woman Climacool w spray-u:
  • posiada delikatny, kwiatowy aromat, który długo utrzymuje się na skórze i w subtelny sposób przypomina o sobie w ciągu dnia,
  • szybko się wchłania nie pozostawiając na skórze klejącej się warstwy,
  • chłodzi skórę, co przynosi ulgę podczas upału.
Jedynym minusikiem może być efekt delikatnego ubrudzenia ciemnych tkanin. Biały osad z dezodorantu jest niestety widoczny na czarnych ubraniach.


Antyperspiranty robią to, do czego zostały stworzone. Zapewniają dobrą ochronę przed potem i przykrym zapachem. Nie poddają się nawet w mało sprzyjających warunkach. Nie zawiodły mnie podczas upałów. Są to kolejne kosmetyki, które w ostatnim czasie zachwyciły mnie swoim działaniem.


Bardzo podoba mi się stwierdzenie w reklamie, że im więcej dajemy z siebie, tym lepiej dezodorant Climacool działa. Produkty są świetne i godne polecenia.
Nie ukrywam również, że moim ogromnym ulubieńcem jest spray, który chłodzi skórę. Jest to bardzo fajne i miłe wrażenie zwłaszcza podczas upałów.
Kulka ma pojemność 50 ml, spray 150 ml - w zależności od drogerii kupimy je za około 10 zł.


Wykorzystane źródło: coty.pl


11 sierpnia 2015

Słońce w tubce – VITA LIBERATA Self Tanning Night Moisture Mask


Vita Liberata oferuje ekskluzywne preparaty samoopalające zawierające aktywne składniki organiczne. Składy kosmetyków są tak skonstruowane, że zapewniają skórze naturalny kolor opalenizny oraz kompleksową pielęgnację.
Zastosowanie rewolucyjnych technologii Moisture Locking, Odour RemoveTM, efektu wysychania w momencie kontaktu ze skórą, naturalnego koloru oraz idealnego zanikania opalenizny sprawia, że produkty marki Vita Liberata są najbardziej zaawansowane technologicznie na świecie.



Kolejnym z kosmetyków, które miałam okazję testować jest nawilżająca maska nocna, która pozwoli nam uzyskać piękną opaleniznę.
Technologia HyH2O™ zastosowana w tej  masce pozwala uzyskać piękny, naturalny, rozświetlony efekt brązujący. Kosmetyk działa w nocy dogłębnie nawilżając, odżywiając skórę i zapobiegając jej starzeniu się. Jedwabista formuła kremu zapewnia rankiem naszej skórze efekt młodzieńczego wygładzenia, blasku i energii.
Składniki zawarte w masce zapewniają również intensywne nawilżenie.


Organiczne ziarna słonecznika zawierają witaminę A, C oraz D o działaniu łagodzącym i pielęgnującym, tokoferol zapobiega powstawaniu wolnych rodników zaś wyciąg z jabłek spłyca drobne linie mimiczne oraz zmarszczki. Masło Shea nawilża i odżywia skórę. Aloe Vera zapewnia dodatkowe nawilżenie i zmiękczenie.

W składzie kremu nie zastosowano:
  • parabenów
  • siarczanów
  • ftalanów
Ponadto produkt nie był badany na zwierzętach i jest całkowicie wegański.



SPOSÓB UŻYCIA: 
Produkt należy rozsmarować na twarzy, szyi i klatce piersiowej podczas naszej wieczornej pielęgnacji. Należy aplikować go regularnie, aż do uzyskania zadowalającego efektu opalenia.

Użytkownicy kremu zgodnie potwierdzili, że w:

  • 92% - jest łatwy do użycia,
  • 89% - opalenizna jest budowana w komfortowy sposób,
  • 84% - skóra po użyciu jest miękka i odżywiona,
  • 76% - produkt poprawia blask cery już po 3 aplikacji.
Zacznę od tego, że nie wyobrażam sobie lata bez opalonej skóry.....chociaż odrobinę. Niestety jak już wcześniej Wam pisałam nabawiłam się przebarwień na twarzy, więc słońce stanowi dla mnie nie lada zagrożenie i wyzwanie. Ponieważ samoopalacze zawsze mi się raczej źle kojarzyły, miałam pewne obawy również względem maski nocnej Vita Liberata. 
Moje pierwsze wrażenie po aplikacji było bardzo pozytywne. Produkt buduje opaleniznę w tak delikatny sposób, że spoglądając w lustro z ledwością mogłam ujrzeć ten efekt. Po kolejnej aplikacji było już tylko lepiej. Buzia coraz bardziej promienista, zero zacieków i smug. Również sam kolor opalenizny jest tak jak w przypadku pudru (recenzja) bardzo naturalny i neutralny. Nie ma obawy, że rano wstaniemy z pomarańczową skórą.


Cera wygląda pięknie. Złocista, muśnięta słońcem. Zdjęcia sprzed (po lewej) i po (po prawej) aplikacji mówią same za siebie.
Wytrzymałości opalenizny nie będę oceniać, ponieważ ze względu na moją pielęgnację stosuję kilka kosmetyków, które są dosyć inwazyjne, więc szybko ścierają mi ją z twarzy. Ale tu również pragnę zaznaczyć, że kolor schodzi bardzo równomiernie. Nie tworzą się żadne plamy. Ot, po prostu delikatnie zanika, ale  można temu zaradzić nakładając na noc kolejną warstwę maski.
Sama konsystencja jest odrobinę zbyt bogata jak dla mojej tłustej cery i zachowuje się niczym dobry krem odżywczy. Lekko natłuszcza i nie wchłania się całkowicie. Rankiem skóra rzeczywiście jest nawilżona i bardzo dobrze odżywiona i odmłodzona. 
Pomimo zastosowania technologii Odour Remove, gdzieś w tle można wyczuć bardzo delikatny zapach charakterystyczny dla samoopalaczy – żeby nie było, że jest tak idealnie.
Podsumowując - jestem na tak!
Tuba 65 ml kosztuje 149 zł. Kosmetyki Vita Liberata dostępne są w Sephorze. Produkt oczywiście należy trzymać z dala od dzieci, przechowywać w chłodnym i ciemnym miejscu. 

A Wy jakie macie doświadczenia z produktami samoopalającymi?


 



10 sierpnia 2015

Glazel Super Finishing Powder – wodoodporny puder fixujący makijaż


Tak samo jak szukam idealnego kremu pod oczy w taki sam sposób poszukuję pudru wykańczającego makijaż. Te, które do tej pory dobrze mi służyły zostały albo wycofane ze sprzedaży albo producent postanowił zmienić formułę kosmetyku i po prostu osłabił jego działanie. Niestety, ale nie ogarniam swoim rozumem takiej polityki.
Jednym z kosmetyków, który ostatnio bardzo pozytywnie mnie zaskoczył jest puder fixujący marki Glazel.


Jest to profesjonalny puder utrwalający każdy makijaż. Szczególnie jest polecany do wszelkich makijaży okolicznościowych jak na przykład ślubne czy fotograficzne.
Jedną z jego właściwości jest bardzo drobno zmielona struktura. Poza tym puder jest również wodoodporny tak więc wyśmienicie sprawdza się w każdych warunkach.


Uniwersalna jasna barwa  (cielisto-szarawa) nie daje żadnego koloru i nie wpływa również na zmianę odcienia podkładu. Daje wykończenie matowe, ale nie jest to płaski mat. Dzięki zawartości drobinek świetnie zmiękcza, wygładza rysy i powoduje, że twarz wygląda bardziej naturalnie. Nadaje jej taką delikatną poświatę.
Na mojej skórze mat utrzymuje się kilka godzin, w zależności od pogody panującej na zewnątrz.
Drobna struktura sprawia, że jest to produkt niesamowicie wydajny.

SKŁAD:

OPAKOWANIE:
Plastikowy słoik z sitkiem dozującym produkt i z puszkiem do aplikacji. Pojemność 20 g.


Z mojego makijażowego doświadczenia mogę śmiało stwierdzić, że jest to jeden z lepszych pudrów utrwalających/fixujących makijaż jakie miałam okazję używać. 
Spełnia wszystkie obietnice producenta w tym zakresie.
Drobinki rozświetlające, o których już wcześniej wspomniałam dają delikatny efekt rozmycia zmarszczek i bardzo ładnie łagodzą rysy twarzy. Zupełnie jak kultowe kuleczki pewnej znanej marki.
Na mojej mieszanej buzi efekt utrzymuje się do kilku godzin. I faktycznie znacznie przedłużona jest żywotność makijażu. Nawet podczas upału nie schodzi ani nie wyciera się miejscowo na twarzy.
Podoba mi się również uniwersalny kolor ponieważ ani nie powoduje bielenia makijażu, nie zmienia koloru makijażu ani również nie oksyduje. Daje po prostu transparentne wykończenie.
Produkt jest drobniutko zmielony, posiada miły zapach i odnoszę wrażenie, że nigdy się nie skończy. Używam go już od kilku miesięcy i nadal uważam, że jest to najlepiej zainwestowane 69 zł. 
Dostępny jest w popularnych sklepach internetowych.
Jedyne do czego mogę się przyczepić to puszek, który nie nadaje się do niczego i można go od razu wyrzucić. Poza tym jestem kosmetykiem absolutnie zachwycona.


Tak prezentuje się na twarzy w słońcu, ponieważ  najlepiej oddaje to efekt, który chciałam Wam przedstawić.
Zdjęcie, niestety w pełni tego nie pokazuje, ale macie chociaż odrobinę pokazane jak miękko, gładko i promieniście prezentuj się moja cera.

Znacie produkty Glazel? Jakiś czas temu było głośno w blogosferze o ich cieniach do powiek.