27 kwietnia 2015

Aussie Colour Mate – szampon do włosów farbowanych

Witajcie.
Kosmetyki do pielęgnacji kupuję już dosyć długo. Przez moją łazienkę „przewinęło się” bardzo dużo produktów. Niestety rzadko kiedy kupiony produkt jest w stanie mnie zachwycić na tyle, żebym go kolejny raz chciała zakupić. Jednym z produktów, który w ostatnim czasie mnie niesamowicie zachwycił jest szampon Colour Mate marki Aussie. Jest to marka międzynarodowa zarządzana przez amerykański Procter&Gamble, a dzięki marketingowi reklamowana jako australijska, z tego względu, iż w jej produktach wykorzystywane są składniki naturalne pozyskiwane właśnie z tego kraju (en.wikipedia.org)
Bardzo długo nie chciałam zrozumieć zamieszania, które zostało wywołane w blogosferze jak marka weszła na polski rynek.
Kiedy nadarzyła się okazja w postaci promocji w drogerii Rossmann, zakupiłam na wypróbowanie butelczynę szamponu i przyznam Wam szczerze, że była to najlepsza decyzja ostatnich miesięcy.


Szampon standardowo znajduje się w plastikowej butelce. Ładna kolorystyka i logo z kangurem zwracają uwagę na produkty na półce sklepowej.


Zamknięcie w formie klipsa z dozownikiem jest bardzo poręczne, gdyż możemy spokojnie odmierzyć pożądaną ilość produktu. Jest ono również troszkę tępe w zastosowaniu, co uważam za ogromny plus, gdyż mamy gwarancję, że z butelki wrzuconej do na przykład torby podróżnej nic się niechcący nie wyleje.


Szampon ma postać białego, gęstego mleczka o delikatnym brzoskwiniowym aromacie. Szybko się spienia tworząc mięsistą pianę. Niewielka ilość jest nam potrzebna do umycia włosów. Dzięki temu jest on niesamowicie wydajny.
Po jego zastosowaniu włosy są mięciutkie i błyszczące. Nie występuje problem z ich rozczesaniem. Jako posiadaczka wrażliwej skóry głowy nie odnotowałam efektu swędzenia czy też podrażnienia. Skóra głowy nie przetłuszcza się zbyt szybko, więc nasze włosy dłużej pozostają świeże.

Specjalna formuła szamponu z ekstraktem z soczystej australijskiej brzoskwini pomaga nadać włosom farbowanym zdrowy i pełen życia wygląd oraz rozświetlenie. Sprawia również, że kolor dłużej pozostaje na włosach. Tak twierdzi producent i ja się również podpisuję obiema rękami pod tym stwierdzeniem.
Szampon jest świetny. Zdetronizował Isanę do włosów brązowych, którą Wam już wcześniej opisywałam (tutaj). Śmiało mogę stwierdzić, że zaczynam moją przygodę z marką Aussie i aż ciekawa jestem jakie jeszcze perełki znajdę na sklepowej półce.

Jeśli chodzi o skład, to na pewno znajdzie się wielu przeciwników tego produktu. Mnie akurat SLS-y nie przeszkadzają, wręcz jestem w stanie stwierdzić, że moje włosy bardzo je lubią, w przeciwieństwie do produktów naturalnych.
Skład:


Marka ma w swojej ofercie szampony, odżywki i produkty do stylizacji włosów. Każdy znajdzie kosmetyk odpowiadający aktualnym potrzebom.
Ja planuję jeszcze zapoznać się z serią Volume i Miracle Moist.


Moja ocena to 5/5. Uwielbiam!
Za butelkę 300 ml szampony zapłacimy około 25 zł w zależności od aktualnych cen z drogeriach. Ja kupiłam w promocji za 16 zł.


Znacie może markę Aussie? Używacie coś godnego polecenia?


24 kwietnia 2015

Bielenda Q10 Skuteczny krem przeciwzmarszczkowy pod oczy

Witajcie. Dzisiejszym bohaterem jest krem pod oczy, który dostałam jako gratis do zakupów na stoisku marki Bielenda podczas Beauty Forum, o którym pisałam Wam tutaj i tutaj.
Ponieważ jestem na etapie poszukiwania odpowiedniego kremu pod oczy bardzo się ucieszyłam, że będę mogła wypróbować jeszcze jedną markę.

Krem zapakowany jest w dosyć duży kartonik.


Natomiast po jego otworzeniu czeka nas niespodzianka w postaci maleńkiego, plastikowego słoiczka, w którym ukryty jest sam produkt.


Słoiczek ponadto zabezpieczony jest sreberkiem, także kupując produkt, mamy gwarancję, że nie był on wcześniej otwierany.


Linia Q10 jest dedykowana dla grupy wiekowej 30+ do pielęgnacji twarzy i ciała. Oparta jest na systemie przeciwzmarszczkowym, który łączy w sobie Koenzym Q10, Witaminę E i Bio-Peptydy. Wskazana jest dla skór, które borykają się ze zmarszczkami, kurzymi łapkami, cieniami pod oczami, obniżoną jędrnością i elastycznością skóry oraz opuchlizną. Krem pod oczy działając niczym koktajl energetyzujący – wnika w głąb skór wygładzając ją, intensywnie nawilżając i natłuszczając.

Składniki aktywne kremu:
Koenzym Q10:
- neutralizuje wolne rodniki, odpowiedzialne za starzenie się skóry, 
- przyspiesza regenerację tkanek,
- skutecznie wygładza zmarszczki, zapobiegając tworzeniu się nowych,
- zwiększa odporność skóry na stres i negatywny wpływ środowiska.

Bio-Peptydy:
- pobudzają produkcję nowego kolagenu i elastyny,
- poprawiają strukturę i sprężystość skóry zapobiegając jej wiotczeniu, 
- wypełniają bruzdy mimiczne i odmładzają rysy twarzy,
- rozjaśniają i wyrównują koloryt. 
 
Witamina E:
- „witamina młodości” neutralizuje wolne rodniki,
- opóźnia powstawanie zmarszczek,
- wzmacnia i uelastycznia naskórek,
- polepsza ukrwienie skóry.

Cały skład kremu:


Spektakularne efekty działania składników aktywnych potwierdzone są testami in vivo oraz in vitro. Przeprowadzone na 45-ciu konsumentkach przez okres 4 tygodni. 100 % badanych już po 4 tygodniowej kuracji zauważyło wygładzenie zmarszczek i nierówności, młodszy wygląd skóry i poprawę kolorytu.

Krem ma konsystencję masełka nie za bardzo zbitego przez co jest niesamowicie wydajny. Ale niestety jest ona tak bogata, że pozostawia na skórze tłustawo-lepki film, co sprawia, że używam ten krem tylko i wyłącznie na noc. Nie mam odwagi nakładać go na dzień i wykonywać na nim makijaż.


Zapach trudno jednoznacznie zidentyfikować, ale jest przyjemny, delikatny i nie podrażnia.
Za 15 ml zapłacimy około 20 złotych w popularnych drogeriach.

Stosując ten krem ponad miesiąc mogę śmiało stwierdzić, że jest to udana przygoda z tym kosmetykiem.
Pomimo stosowania raz dziennie (na noc) zauważyłam, że skóra w okolicach pod oczami stała się wyraźniej gładka i jędrna. Obiecanego rozświetlenia nie zauważyłam. Również zmarszczki i nierówności uległy znacznemu wygładzeniu.
Jak na krem w takim przedziale cenowym okazuje się, że jest on dosyć dobry. Jedyne zastrzeżenia, które mam to do jego lepkiego wykończenia. Gdyby wchłaniał się lepiej i był stosowany również na dzień podejrzewam, że efekty byłyby jeszcze lepsze. 
Drugim małym minusikiem - chociaż nie wiem czy jest on spowodowany przez krem, ale w ramach rzetelności muszę o tym wspomnieć – jest fakt, że kilka razy zdarzyło się, iż rano szczypały mnie oczy i musiałam po wstaniu z łóżka szybko przemyć twarz. Oczy nie były ani zaczerwienione, ani nic złego się nie działo. Wszelkie niedogodności ustępowały natychmiast po przemyciu wodą. 

Czy kupię go ponownie? Nie wiem. Może wypróbuję jakiś inny krem pielęgnacyjny. Mam w planach aby bardziej zainteresować się tą marką, bo w jej bogatej ofercie jest sporo fajnych kosmetyków.
Ocena końcowa 3,5/5



20 kwietnia 2015

MAC Plushglass Full For You

Witajcie. Dzisiaj chciałam przedstawić Wam jeden z moich ulubionych kosmetyków kolorowych do ust. Jest to błyszczyk powiększający usta marki Mac w kolorze Full For You.



Produkt standardowo zapakowany jest w czarny kartonik, na którym z jednej strony znajduje się nazwa produktu, a nad kodem kreskowym jest napisana data produkcji. Te same informacje mamy również na spodzie samej buteleczki, w której znajduje się błyszczyk.





Na zdjęciu widzimy nazwę, pojemność, producenta i wytłoczone literki AC1. W tym przypadku jest to grudzień 2011 rok. I to jest kolejny przykład na to, że nie opłaca się robić zapasów kosmetyków :-P Ale z moim błyszczykiem nic się nie dzieje, był prawidłowo przechowywany więc się nie zepsuł.





Wracając do recenzji..... Wygodny aplikator pozwala nam rozprowadzić produkt równą taflą na ustach. Jest on umiarkowanie klejący się i dosyć długotrwały. No może nie aż tak jak błyszczyk Bobbi Brown, który opisywałam (tutaj), ale spokojnie wytrzymuje na ustach 2-3 godziny.





W składzie produktu znajduje się mieszanka składników pochodnych witaminy E, ceramid 3, który zapewnia długotrwałe nawilżenie oraz to, że usta wydają się być większe i pełniejsze.

Pełny skład:





Nawilża, wygładza i wyraźnie ujędrnia usta. Kolor jest półtransparentny, ale ładnie nadaje delikatną barwę. Waniliowy aromat umila nam noszenie, jak w większości produktów do ust marki Mac. 
Po aplikacji przez kilka minut czuć lekkie schłodzenie i mrowienie. Nie jest to jednak uczucie nieprzyjemne czy bardzo drażniące.





Błyszczyk daje efekt wysokiego połysku dzięki perle i malusieńkim drobinkom, których absolutnie nie czuć na ustach. Usta wyglądają na zdrowe i zadbane.

Ja miałam już kilka kolorów z tej serii, ale żaden z nich nie skradł mojego serca tak bardzo jak kolor Full For You chłodny ciemny róż ze srebrną perłą.

Tak prezentuje się na ustach.



I mały bonusik :-)



Błyszczyk ma pojemność 4,2 ml i kosztuje obecnie 90 zł. Na stornie maccosmetics.pl mamy do wyboru 13 kolorów.

Mój zdecydowany ulubieniec spośród MACowych błyszczyków.



Polecam, bo warto go wypróbować.

Ocena końcowa 5/5!!!

13 kwietnia 2015

Azjatyckie kosmetyki – rozczarowanie czyli produkty, które się u mnie nie sprawdziły

Witajcie. Dzisiaj chciałam Wam przedstawić dwa kosmetyki, które są największym, dla mnie rozczarowaniem ostatnich miesięcy. Żeby nie było, że tylko na same dobre kosmetyki trafiam. Od czasu do czasu trafi się jakieś zgniłe jajo, które odbiera ochotę na zakup dalszych produktów danej marki.
Dzisiaj wyleję trochę dziegciu na dwa kultowe produkty, bardzo popularnych w Korei marek.

Pierwszym, który mnie bardzo rozczarował był tonik Wonder Pore Freshner 7in1 marki Etude House.


Formuła 7w1 miała pomóc dogłębnie oczyszczać pory i minimalizować ich widoczność, pomagać w kontrolowaniu sebum, nawilżać, oczyszczać i sprawiać żeby nasza skóra była bardziej gładka i elastyczna.


Produkt wybrałam świadomie, po przeczytaniu wielu recenzji na azjatyckich blogach urodowych, gdzie był zachwalany jako najlepsze remedium przy zanieczyszczonej, tłustej cerze. Również skład z dodatkiem w postaci ekstraktu z mięty pieprzowej się do tego przyczynił.

Skład toniku: WATER, ALCOHOL, BUTYLENE GLYCOL, BETAINE, MENTHA ARVENSIS EXTRACT, VACCINIUM MYRTILLUS FRUIT/ LEAF EXTRACT, SACCHARUM OFFICINARUM (SUGAR CANE) EXTRACT, CITRUS MEDICA LIMONUM (LEMON) FRUIT EXTRACT, CITRUS AURANTIUM DULCIS (ORANGE) FRUIT EXTRACT, CHAM- AECYPARIS OBTUSA WATER, GINKGO BILOBA LEAF EXTRACT, ACER SACCHARUM (SUGAR MAPLE) EXTRACT, GENTIANA LU- TEA ROOT EXTRACT, ARTEMISIA ABSINTHIUM EXTRACT, ARNICA MONTANA FLOWER EXTRACT, ACHILLEA MILLEFOLIUM EXTRACT, GLYCERETH-26, GLYCERIN, ETHYLHEXYLGLYCERIN, SODIUM HYALURONATE, ACETIC ACID, DISODIUM EDTA, PHENOXYETHANOL

Jeśli mam być szczera, jest to mało udana przygoda, ponieważ ten tonik nie zrobił NIC z tego co obiecuje producent. Jako posiadaczka cery przetłuszczającej się często borykam się z nadmiarem sebum czy też zanieczyszczonymi porami więc uznałam, że jest to najlepszy kosmetyk dla mnie do wypróbowania. Pomimo zużycia butelki 250 ml mogę śmiało stwierdzić, że lepsze efekty miałam po przetarciu twarzy zwykłą wodą. Ściągnięcia czy oczyszczenia porów nie odnotowałam.
Zdradziłam mój ulubiony płyn złuszczający z Clinique i dostałam nauczkę :-(

Kolejnym kosmetykiem, który mnie rozczarował jest Snail Recovery Gel Cream marki Mizon.


Jest to silnie regenerujący kremo-żel, który ma w swoim składzie 74% ekstraktu ze śluzu ślimaka, adenozynę i kwas hialuronowy. Polecany jest dla cer, które zmagają się w przebarwieniami, bliznami potrądzikowymi, niedoskonałościami, ziemistością i utratą elastyczności. Miał mieć działanie nawilżające, łagodzące i przeciwstarzeniowe. Goić wypryski i rozjaśniać blizny. Miał być kosmetykiem idealnym między innymi dla cer tłustych, mieszanych. W składzie oprócz wyżej wymienionych peptydy, zielona herbata, oliwa z oliwek, czy można chcieć więcej.

Skład kremu: Snail Secretion Filtrate, Butylene Glycol, Cyclopentasiloxane, Glycerin, Bis-PEG18 Methyl Ether Dimethyl Silane, Polysorbate 20, Sodium Hyaluronate, Carbomer, Glycosyl Trehalose, Hydrogenated Starch Hydrolysate, Triethanolamine, Dimethicone/vinyl Dimethicone Crosspolymer, Dimethicone, Hydroxyethylcellulose, Caprylyl Glyocol, Ethylhexylglycerin, Sodium Polyacrylate, Centella Asiatica Extract, Portulaca Oleracea Extract, Camellia Sinensis Leaf Extract, Nlumbo Nucifera Flower Extract, Betula Platyphylla Japonica Juice, Tropolone, Copper Tripeptide-1, Allantoin, Panthenol, Olea Europaea (Olive) Fruit Oil, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Palmitoyl Pentapeptide-4, Adenosine, Disodium EDTA (14.08.2014.)


Pomimo fajnej żelopodobnej konsystencji krem nie nawilżał cery. Wchłaniał się bardzo dobrze i buzia przez jakiś czas po jego aplikacji była gładka i sprężysta – po kilku godzinach  następowało duże przesuszenie. Do tego stopnia, że jak nakładałam go na noc - rano miałam suche skórki na twarzy. Z bliznami czy przebarwieniami nawet się nie zaprzyjaźnił. Właściwie ze swoich pielęgnacyjnych obietnic nie spełnił nic. Szkoda!
Tubka 45 ml starczyła na dosyć długo. Dawałam mu szansę kilka razy na kilka różnych sposobów. Dwie cieńsze warstwy, jedna grubsza, jako maska. I nic. Jest to bardzo dziwne, ponieważ kilka miesięcy przed zakupem miałam sporą próbkę tego kremo-żelu i wtedy działał on zupełnie inaczej.
Jak już Wam pisałam Hyaluron (recenzja) tej samej marki jest moim zdecydowanym i niezaprzeczalnym kosmetykiem wszech czasów.

W ramach podsumowania nie żałuję zakupu i moja ciekawość została zaspokojona. Na szczęście reszta produktów z azjatyckiej przygody okazała się strzałem w dziesiątkę, więc nie rozpaczam. Postaram się niedługo opisać jeszcze kilka fajnych kosmetyków.

Składy znaleziono na wizaz.pl i etudehouse.com

10 kwietnia 2015

Sally Hansen Miracle Gel – manicure żelowy bez użycia lampy UV


Witajcie! Jakiś czas temu wypełniałam na Facebooku na profilu Sally Hansen ankietę dotyczącą chęci zostania ambasadorem marki i przetestowania nowych lakierów dających efekt żelowego manicure. Wyobraźcie sobie moją radość kiedy przed świętami dostałam powiadomienie, że zakwalifikowałam się do testowania i w piątek (03.04) zapukał do drzwi kurier z dostawą paczki dla ambasadorek Sally Hansen.


Moja radość była ogromna kiedy okazało się, że dostałam kolory, które bardzo mi się podobają, a idealny odcień brzoskwiniowy jest podsumowaniem moich prawie rocznych poszukiwań.



Pierwszy etap to lakiery nadające kolor:
380 Malibu Peach
240 B Girl
Drugi etap to 100 Top Coat odpowiedzialny za utwardzenie i nabłyszczenie.

Wykonanie manicure jest bardzo proste. Nakładamy dwie warstwy lakieru kolorowego, a następnie lakier nawierzchniowy i czekamy, aż całość wyschnie. Oczywiście każda warstwa musi wyschnąć (tak jak w tradycyjnym manicure) zanim nałożymy następną. Nie musimy używać lampy UV aby uzyskać efekt żelowego manicure. Trwałość lakieru zapewni nam naturalne światło, które wchodzi w reakcję z obydwoma produktami i wraz z upływem czasu utwardza warstwy lakieru.

Do wyboru mamy aż 12 kolorów także każdy znajdzie coś odpowiedniego. Kolory są żywe i bardzo ładne. 
 

 Po lewej 380 Malibu Peach, po prawej 240 B Girl

Również ich zmycie nie stanowi większego problemu. Zwykły zmywacz do paznokci doskonale sobie poradzi.
Producent zapewnia również 14 dniową trwałość, ale jeszcze nie miałam okazji tego przetestować.

Są to moje pierwsze wrażenia po tygodniu użytkowania tak więc na pełne podsumowanie przyjdzie jeszcze czas.

Postępy akcji można śledzić na Facebooku Sally Hansen oraz na Instagramie #BeGelicious #OMGel #MiracleMani

Znacie może te lakiery? Miałyście okazję ich używać?


6 kwietnia 2015

Świąteczna sałatka z porów

Witajcie. Jak Wam upływają święta?
Dzisiaj mam propozycję na lekką przekąskę lub dodatek obiadowy. Podczas Wielkanocy zawsze zostają niewykorzystane pisanki. Można je śmiało zużyć do sałatki z porów.



Do sałatki potrzebujemy:
  • pora,
  • 3-4 jajka,
  • mały kawałek sera żółtego,
  • 3-4 ogórki kiszone lub konserwowe,
  • groszek zielony,
  • majonez
  • sól, pieprz do smaku,
  • zielenina.


Pora kroimy w dosyć grube ćwierć plasterki i zalewamy wrzątkiem na około 3 minuty. Odcedzonego pozostawiamy kilka minut na sitku do wystygnięcia.
Jaja i ogórki kroimy w kostkę. Ser ścieramy na tarce na grubych oczkach. Groszek zielony obgotowuję w osolonej wodzie przez około 5 minut.


Składniki podane są w przykładowych ilościach. Jeśli, któryś z nich lubicie bardziej można dać go więcej.
Wszystko mieszamy z majonezem i dodajemy pokrojoną zieleninę. Ponieważ ja nie miałam nić świeżego – dodałam suszony koperek i pietruszkę.
Doprawiamy do smaku solą i pieprzem. Ja dodaję jeszcze szczyptę papryki słodkiej, ponieważ ten dodatek niesamowicie podnosi walory smakowe.
Sałatkę można wstawić na pół godziny do lodówki, wtedy będzie jeszcze smaczniejsza.


Świetnie smakuje sama z kromką chleba lub w daniu obiadowym jako dodatek do pieczonego mięsa lub zamiennik ziemniaków.

Ta sałatka to podstawowy punkt programu w moim świątecznym menu. Smaczna, sycąca, ale nie obciąża naszego organizmu w jakiś dramatyczny sposób.
Smacznego!

Macie może jakieś ulubione sałatki z dodatkiem pora?


4 kwietnia 2015


3 kwietnia 2015

DIY – maseczka z francuskiej glinki różowej

Witajcie. W ramach przedświątecznego tuningu chciałam pokazać Wam kolejną glinkę, która niesamowicie pomaga mojej cerze.
Jest to glinka różowa – połączenie glinek białej i czerwonej.
INCI:Kaolin, Illite ( Red clay)
Polecana jest dla cer delikatnych, wrażliwych i alergicznych. Doskonale sprawdza się przy schorzeniach skórnych, kłopotach z bliznami i przebarwieniami czy nierówną strukturą skóry i zaskórnikami. W naturalny sposób dezynfekuje, tonizuje i wygładza cerę, łagodzi problemy cery wrażliwej i atopowej. Wśród składników mineralnych znajdują się dobroczynne mikroelementy, które w doskonały sposób regenerują skórę dając jej efekt odprężenia i wypoczęcia.


Do maseczki potrzebujemy:
  • glinkę różową – 1 łyżeczkę,
  • mleko – 2-3 łyżeczki (ale w trakcie mieszania można dodać więcej),
  • ekstrakt z granatu eco – kilka kropel.
Glinki zaleca się aby wzbogacać na przykład olejami, żeby zapobiec jej szybkiemu wysychaniu i w związku z czy powstaniu podrażnień.
Doskonałym dodatkiem dla mojej mieszanej cery okazał się ekstrakt z granatu.
INCI:Glycerin, Aqua, Punica Granatum Fruit Extract, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate

Ma on szerokie spektrum działania, między innymi :działanie przeciwstarzeniowe - wpływa na regenerację komórek skóry; przeciwzapalne i przeciwobrzękowe; nawilża i wygładza naskórek; stymuluje syntezę kolagenu; a ponadto jest silnym przeciwutleniaczem i hamuje działanie wolnych rodników; działa również przeciwtrądzikowo i zmniejsza pory; stanowi źródło witamin oraz drogocennych minerałów.



Moją glinkę mieszam z mlekiem i ekstraktem. Zauważyłam, że takie połączenie daje doskonałe rezultaty. Maska szybko nie zasycha, a dzięki temu wszystkie dobroczynne składniki zawarte w glince i ekstrakcie dłużej oddziaływują na skórę.
Konsystencja jaką uzyskujemy z takiej mieszanki składników daje nam papkę przypominającą gęstą śmietanę. Jest ona bardzo łatwa do aplikacji i również po odczekaniu 15-20 minut można ją bardzo łatwo usunąć z twarzy.


I na koniec bonusik. W taki sposób straszymy domowników :-)
Pomimo nazwy „różowa” glinka po rozmieszaniu czy to z wodą czy z mlekiem daje kolor ceglasty. W porównaniu do glinki niebieskiej, którą opisywałam Wam (tutaj), ta nie brudzi skóry. Po zmyciu maski można śmiało zaaplikować na czystą cerę serum i krem pielęgnacyjny. Skóra jest  ładnie rozświetlona, przez co przebarwienia stają się jakby lekko rozmyte i odrobinę mniej widoczne.
Moja glinka jak i ekstrakt z granatu zostały zakupione w sklepie e-naturalne. W zależności od ilości, którą chcemy kupić płacimy różne ceny. Ja uważam taką opcję za idealne rozwiązanie, bo możemy sobie kupić kilka różnych glinek , w małych opakowaniach i przetestować, która będzie najlepsza dla naszej cery.

A które glinki są Waszymi ulubionymi?

Wykorzystane źródło: e-naturalne.pl